« Powrót

Rozdział 5. Social media marketing.



W poprzednim rozdziale pokazano, jak wielu Polaków ma dostęp do Internetu, oraz wskazano na ogromny potencjał serwisów społecznościowych, z których regularnie korzysta ponad 99% użytkowników Internetu. Ta sytuacja nieodzownie łączy się z ekspansją reklamodawców. Ogromna ilość bannerów, wyskakujących okienek z migającymi grafikami, czy reklamy całkowicie zasłaniające strony – te kwestie jeszcze do niedawna powszechnie utrudniały przeciętnym użytkownikom korzystanie z Internetu. Jednak wraz z gwałtownym wzrostem popularności serwisów społecznościowych (Nasza Klasa, Facebook, Twitter, YouTube, Pinterest, itp.) oraz blogosfery przedsiębiorcy odkryli nowe możliwości w sferze działań marketingowych. Wcześniej wymieniony typ reklam zaczyna powoli zanikać, na rzecz treści dobranych pod kątem odbiorcy. Raczej niewielu studentów czy uczniów korzystających z Internetu, interesuje wprowadzenie na rynek nowego modelu samochodu czy promocja na mieszkanie w drugim końcu Polski. Najpopularniejsza obecnie wyszukiwarka Google taki model reklam stosuje od lat. Reklamodawca sam dobiera sobie grupy odbiorców, charakteryzując informację słowami kluczowymi. Dlatego też, szukając „tanich noclegów nad morzem” wyświetlą się reklamy właścicieli pensjonatów w Ustce zamiast oferty na manicure we Wrocławiu. Podobną zasadą kierują się zasoby na Facebooku – na podstawie informacji zebranych o użytkowniku algorytmy tworzą pewien wirtualny profil, w którym zapisane są wszystkie dostarczone informacje – miejsca, w których użytkownik bywał, osoby z którymi się spotykał, zainteresowania, fanpage które go zainteresowały. Na tej podstawie kierowane będą do niego informacje reklamowe spełniające podane kryteria, zwiększając szansę na „klik” w sponsorowany link. Przeciętny fejsbukowicz spędza ok. 7 godzin tygodniowo na portalu. Biorąc pod uwagę ilość internautów korzystających z tego serwisu, większość potencjalnych klientów się tam znajduje. Można by to porównać do „supermarketu z klientami” [1] . Oczywiście klient, który z własnej woli zdecyduje się dać „lajka” [2] na profilu Facebookowym, będzie bardziej wartościowy aniżeli taki, który podczas przeglądania newsów natrafi na reklamę i polubi fanpage ze względu na ciekawość czy niewielkie tylko zainteresowanie.

Pojawiają się także opinie, że działania social media marketingu nie są nastawione na zwiększenie zysków ze sprzedaży, natomiast ich głównym zadaniem jest budowa pozytywnego wizerunku marki. Często główną ideą materiałów do kampanii reklamowych na portalach społecznościowych nie jest przykucie uwagi klienta, lecz nakłonienie go do dzielenia nimi ze swoimi znajomymi. Zgodnie z zasadami marketingu szeptanego/wirusowego skutkuje to zwiększeniem wiarygodności marki i produktu, gdyż pochodzi z zaufanego źródła. Już sama obecność przedsiębiorstwa na portalach społecznościowych budzi zaufanie – nie tworzy się wizja „firmy zza biurka”, z którą kontakt jest niemalże niemożliwy. W prowadzeniu kampanii w serwisach społecznościowych dochodzi do interakcji przedsiębiorca – klient, dzięki czemu tworzy się więź pomiędzy nimi, a relacje stają się bliższe. Działania takie charakteryzują się także elastycznością. Coraz większą zaletą prowadzenia takich działań jest ich mierzalność. Z miesiąca na miesiąc powstają firmy specjalizujące się w analizie i planowaniu kampanii w mediach społecznościowych. Dzięki wykorzystaniu przez nie narzędzi analitycznych istnieje możliwość obserwacji efektów działań reklamowych, i w przypadku spadku efektywności jest możliwość reakcji.

Siła social media – historia, definicje i raporty.

Portale społecznościowe oraz blogi dają możliwość użytkownikom Internetu dzielenia się zawartością, powodując wzrost zainteresowania danym tematem, często produktem czy marką. Takie powtarzanie wiadomości osiąga coraz większy zasięg użytkowników. Z kolei im większy zasięg, tym więcej się o tym mówi, itd. Takie „wirusowe” działania mogą powodować wzrost ruchu w danej tematyce, co nierzadko dotyczy konkretnego produktu. Przykładami mogą być blogerzy modowi, którzy mają duży wpływ na wszystko, co dotyczy tego sektora – od tego co jest aktualnie „na topie”, po działania marek w Internecie i reklamie.

W Polsce pierwszym dużym serwisem społecznościowym było Grono.net. Założony ponad 10 lat temu serwis został zamknięty 1 lipca 2012 roku. To co jednak w przypadku Grono.net warte jest uwagi, to dynamika z jaką rosła liczba użytkowników tego pierwszego portalu społecznościowego nad Wisłą. Pod koniec pierwszego roku użytkowania na Gronie zalogowanych było niemal 30 tys. użytkowników [3] . Rok później przekroczono liczbę pół miliona użytkowników. Śmiało można powiedzieć, że początkiem końca Grona był Facebook.

Portalowi nie przysłużyło się także pojawienie na krajowym rynku Naszej-Klasy.

Nasza-Klasa, aktualnie nk.pl, swoje istnienie na polskiej scenie internetowej rozpoczął w listopadzie 2006 roku. W przeciwieństwie do Grona czy Facebooka, celem tej witryny było umożliwienie użytkownikom odnalezienia osób ze swoich szkolnych lat i odnowienie z nimi kontaktu. Aktualnie serwis nabrał charakteru wielopoziomowej platformy komunikacji dla polskich użytkowników Internetu. Sam serwis od początku swego istnienia zbierał pozytywne oceny, o czym świadczyły m. in. stale rosnąca liczba użytkowników [4] . Sytuacja taka trwała do połowy 2009 roku, kiedy to portal osiągnął liczbę ok. 12 milionów użytkowników. Choć zainteresowanie serwisem nie malało, dla jego twórców niestety też nie rosło. Dopiero w 2011 roku zaczął się trudny okres dla Naszej-Klasy, kiedy to liczba aktywnych i niefikcyjnych użytkowników zaczęła maleć. Przyczyn można szukać przede wszystkim w migracji do zdobywającego kolejnych użytkowników Facebooka. W styczniu 2013 ze stron nk.pl korzystało nieco ponad 8 milionów internautów, podczas gdy na Facebooka weszło 13,7 miliona użytkowników. W tym samym czasie proponowany przez Google portal Google+ odwiedziło niewiele ponad 3 miliony użytkowników [5] .

Tutaj dochodzimy do jednego z najwyżej wycenianych portali na świecie. W 2004 roku Mark Zuckerberg tworzy system dla studentów amerykańskiej uczelni Harvard. Dwa lata później portal udostępniony został dla ogółu społeczności – w tamtym momencie wyceniany był na kwotę ok. 500 milionów dolarów. Rok później wartość portalu wzrasta do 15 miliardów dolarów [6] . W czerwcu 2013 roku 1,15 miliarda ludzi ma swoje konta na tym portalu, przy czym co dzień korzystało z niego niemalże 700 milionów internautów [7] . Jeżeli chodzi o wartość witryny, w połowie 2013 roku sięgnęła ona kwoty ok. 63 miliardów dolarów. To mniej niż przed rokiem, kiedy Facebook wchodził na giełdę, a jego wartość przekroczyła 100 mld dolarów.

Na czym polega sukces Zuckerberga? Jak przyznają sami twórcy, ich głównym targetem dziś są użytkownicy mobilni. Tacy też głównie korzystają z portalu – 60% z nich wchodzi na stronę za pomocą urządzeń mobilnych – tabletów, smartfonów. Z kolei średni wiek użytkownika to 22 lata. Mówi się także, że sukces Facebooka to jego wszechstronność. To centrum multimedialne, pozwalające na oglądanie filmów, publikowanie zdjęć czy śledzenie informacji. Daje także możliwość publikowania własnych informacji wraz z geotagowaniem – piszący post lub dodający zdjęcie ma możliwość publikacji miejsca, z którego pisze. To także ogromna tablica ogłoszeń. Jednym z przykładów jej zastosowania jest Islandia, gdzie za pomocą Facebooka zmieniono konstytucję. W 2011 roku Islandczycy, których na Facebooku jest ponad 60%, za pośrednictwem portalu mieli możliwość wygłaszania swoich opinii, komentarzy, sugestii na temat nowej konstytucji. Co więcej, rządzący otworzyli debatę online, a także udostępnili na żywo obrady [8] .

Facebook na swojej drodze pokonał m. in. portal MySpace. Właściciele tego pierwszego ustrzegli się trzech podstawowych błędów, które niemalże doprowadziły MySpace do upadku.

• Ideą obu projektów była innowacyjność. Jednak, jak okazuje się w praktyce, sprzedaż firm będących na fali wznoszącej, wydaje się być złą decyzją. Takim punktem zwrotnym dla portalu MySpace była jego sprzedaż w 2001 roku. Od tamtego momentu portal zaczynał schodzić ze sceny portali społecznościowych [9] . Mark Zuckenberg tego błędu nie popełnił, mimo iż do jego drzwi pukali tacy giganci jak Google, Yahoo czy Microsoft. Opinie wielu ekspertów mówią, że w chwili najbardziej dynamicznego rozwoju ważne jest wsparcie finansowe, ale modelowe jest także pozostawienie u władz portalu ludzi, którzy byli jego pomysłodawcami. Dlatego często chęć zysku okazuje się silniejsza niż chęć rozwoju własnego biznesu. To powód, dla których MySpace pomimo tego, że jeszcze przed kilku laty był w czołówce portali społecznościowych, dziś jego rola nie znaczy zbyt wiele. Sprzedaż i zewnętrzne zarządzanie nie okazały się dla portalu korzystne.
• Także właściciele Facebooka wygrali z reklamodawcami. Nie znaczy to, że nie ma tam reklam, jednak są one zamknięte w prawym sidebarze (bocznym panelu charakterystycznym dla przeglądarek Mozilla Firefox i Opera), pokazane statycznie i analogicznie do tych wyświetlanych przez Google. Korzystanie z MySpace’a przypominało bardziej portale informacyjne, gdzie świecące bannery reklamowe wyskakiwały z góry, z boku i z dołu. Normalne użytkowanie tego portalu powoli stawało się coraz trudniejsze, aż w pewnym momencie stało się niemalże niemożliwe.
• Facebook był cały czas konsekwentny i konserwatywny, jeżeli chodzi o wizję serwisu. Prosty, niemalże ascetyczny wygląd kokpitu, taki sam dla wszystkich użytkowników. Tak jakby nie grafiki, tło czy co innego, tylko zawartość była najważniejsza. Z kolei MySpace, z portalu muzycznego, umożliwiającego dzielenie się własną twórczością powoli stawał się nieco chaotycznym serwisem, gdzie to, co nadało mu tempa zostało zastąpione przez nieczytelną i pstrokatą zawartość [10] .

RYSUNEK 5 LICZBA UŻYTKOWNIKÓW PORTALU FACEBOOK NA ŚWIECIE WYRAŻONA W MILIONACH (YAHOO) [11] .



Nie można także zapomnieć o nieformalnym starciu światowego giganta z naszym polskim Dawidem – portalem nk.pl. Różnic można doszukiwać się w wielu kwestiach – podobnie jak MySpace, Nasza-Klasa powoli zalana została reklamami, a zamiast skupiać się na użytkowniku, wprowadzano niezbyt pozytywnie oceniane zmiany. Facebook od swego początku dawał możliwość czatowania ze znajomymi – na nk.pl taka możliwość pojawiła się później – zapewne, gdy część użytkowników zdążyła już opuścić ten portal społecznościowy. Choć początkowo to polski serwis miał szersze grono odbiorców, w listopadzie 2011 roku portale zamieniły się pozycjami – nk.pl oddał w Polsce fotel lidera na rzecz Facebooka, który plasuje się tam do dzisiaj. Na wykresie poniżej pokazano zależność wyszukiwań fraz dotyczących Facebooka (kolor niebieski) oraz Naszej Klasy (pomarańczowy), uzyskanych za pomocą narzędzia Google Trends [12] . Dodatkowo na wykresie umieszczono wyniki dla frazy “nk”, co związane jest ze zmianą nazwy portalu Nasza Klasa na nk.pl dnia 22 czerwca 2010 roku.

RYSUNEK 6 ZAPYTANIA W WYSZUKIWARCE GOOGLE.COM DOTYCZĄCE FRAZ „FACEBOOK” ORAZ „NASZA KLASA” (ANTYWEB) [13] .



Mówiąc o social media marketingu nie można pominąć roli blogerów w kreowaniu wizerunków marek oraz produktów. Jak mówi Agnieszka Lizon, Head of Digital Development Domu mediowego PanMedia Western: – Blogosfera jest bardzo ważnym elementem ekosystemu social mediów. Coraz częściej jest wykorzystywana jako element wspierający kampanie reklamowe różnych produktów [14] .

Jednak by rozpocząć jakiekolwiek przemyślenia nad blogosferą, należy sprecyzować, kim jest przywoływany tutaj bloger? Można zdefiniować go następująco: Bloger to osoba który prowadzi (pisze) bloga w Internecie. Blog, to rodzaj serwisu internetowego, który zawiera uporządkowane chronologicznie wpisy oraz zazwyczaj posiada też możliwość dodawania komentarzy przez czytelników. Blog ma charakter dziennika. Cechą charakterystyczną każdego blogu jest to, że treści na nim zamieszczane są z pewną regularnością. Mogą to być teksty, ale także zdjęcia albo nagrania, czy filmy wideo. Blog ma zazwyczaj bardzo osobisty charakter i opisywane na nim fakty często przeplatają się z opiniami i poglądami autora. Blogiem nie są wpisy na Facebooku czy też filmy wideo publikowane na Youtube.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy blogowanie zawitało nad Wisłę. Wynika to przede wszystkim z faktu, że pierwsi blogerzy mieli trudność ze zdefiniowaniem swojej internetowej aktywności. Bezpiecznie jest wskazać, że pierwsze tego typu aktywności zaczęły pojawiać się około 1997 i 1998 roku. Od tamtego momentu powstało wiele serwisów dających możliwość pisania własnych „pamiętników” internetowych. Od początków powstania blogosfery, tematyka którą objęli swą działalnością autorzy, znacznie się poszerzyła. Z początkowo typowo lifestyle’owych dzienników wykluły się blogi kulinarne, modowe, technologiczne, sportowe, podróżnicze. Spotkać można też blogi historyczne, naukowe, z recenzjami filmów i książek. W sumie każda tematyka poruszana na łamach blogu jest dobra. Ale oprócz tematyki, rozwinęły się również sposoby prowadzenia blogów – zwykłe pisanie, choć wciąż popularne, stało się niejako formą podstawową, z której wykluły się fotoblogi, vlogi (video blogi), linklogi (blogi, których treścią są odnośniki do zewnętrznych stron). Dziś takich blogów w Polsce jest ponad 3 miliony, jednak tylko niewielka część z nich wciąż pozostaje aktywna. W końcu prowadzenie blogu wymaga od autora czasu i poświęcenia, a czasem także wkładu finansowego (zakup miejsca na serwerach, skórek czy domen).

Jak często czytasz blogi internetowe?
(NEWSPOINT)



W lutym 2013 Tomasz Baran oraz dr Anna Miotk stworzyli raport Blogerzy w Polsce, znajomość – wizerunek – znaczenie. W jednej z zawartych w niej wypowiedzi, Paweł Tkaczyk, jeden z najbardziej popularnych blogerów nad Wisłą, tak komentuje swoje środowisko: – Lektura wyników tego badania jest dla mnie lekcją pokory. Niezależnie od tego, czy akceptuję metodologię, definicję blogu i innych niuansów, dowiaduję się, że – w społecznej świadomości – Anna Mucha jest lepszą blogerką, niż Segritta. Że Janusz Palikot jest lepszym blogerem, niż Kominek. Już słyszę te głosy oburzenia: przecież Palikot jest politykiem, Mucha jest aktorką, blogują niezdarnie i amatorsko. Głosy te sypią się ze strony „zawodowych blogerów” (albo przynajmniej ludzi, którzy do blogowania podchodzą poważniej niż Maja Sablewska). Przykro mi, ale nie wierzę w coś takiego, jak „zawodowy bloger”. Przecież blogerzy przynieśli właśnie „kult amatora” do zawodów, które kiedyś – jak się wydawało – wymagały profesjonalnego przygotowania. A teraz narzekają na amatorów na własnym poletku?

Pozostając w środowisku blogerów, z jednej strony traktujemy ich jako hobbystów i amatorów, z drugiej jednak, coraz bardzie zaczynają się profesjonalizować. W początkowym okresie blogowania nie chodziło, i zgodnie z idée fixe nie powinno chodzić o to, by teksty na nich pisane lądowały na czołówkach stron gazet czy nagród literackich, zdjęcia nie musiały konkurować w konkursie World Press Photo. Oczywiście, nie można tu mówić o rażących zaniedbaniach czy błędach ortograficznych, które nie powinny być dopuszczalne także wśród amatorów. Od zawsze celem blogera było zachęcenie czytelnika do zajęcia miejsca na widowni blogu, i regularnym odwiedzaniu strony. Oczywiście, zainteresowania widza z grubsza powinny się pokrywać z tematyką blogu. Obecnie wśród blogerów panuje trend polegający na komercjalizowaniu swoich stron poprzez zabawę w marketing, reklamę czy PR. Dla przykładu, będąc fanem gotowania, poszukam więc blogera kulinarnego. Jeżeli ufam mu w kwestii smaku, przepisów, wzbudził we mnie wiarygodność, mogę mu zaufać w kwestii doboru garnków czy noży. Tak działa to w praktyce.

Zdanie to podzielają respondenci biorący udział w opisanym powyżej badaniu. Otóż blogerzy mają bardzo pozytywny wizerunek, i są postrzegani jako postacie popularne, pozytywne, lubiane, inspirujące i przyjazne. Dla niemalże ćwierci użytkowników Internetu blogerzy stanowią ważne źródło informacji. I z punktu widzenia marketingowego, 39% badanych zrezygnowało z zakupu produktu bądź usługi pod wpływem tego, co przeczytali na blogu, a 34% przyznało, że zdarzyło im się kupić produkt lub usługę czytając przychylne recenzje na blogach.

Interakcja – jak angażować się i budować wartość marki/produktu/projektu.

Częstym problemem start-upów jest trudność z budową wartości marki i produktu. Choć może panować przekonanie, że to właśnie ten produkt czy usługa jest najlepszy, to ciężko znaleźć potencjalnych klientów. Jeszcze trudniej o inwestorów, których fundusze mogły by żywotnie pomóc w rozkręceniu biznesu. Tuż po rozpoczęciu działalności, określeniu jej profilu i zakresu działania, dokładnym poznaniu oferowanych produktów przychodzi czas na sprzedaż. I tu zaczynają się schody – skąd potencjalny klient ma wiedzieć, że na rynku pojawił się nowy produkt? Z dużymi możliwościami przychodzą serwisy społecznościowe.

Każda marka osobista, niezależnie od tego, czy jest to autorski blog, czy też marka odzieżowa sygnowana nazwiskiem projektanta, rozpoczyna swój żywot i funkcjonuje w sieci charakteryzując wiele aspektów zachowania się jej właściciela, łącznie z tym, jak on sam prezentuje się online. Związki, komentarze, zaangażowanie, lub jego brak, oraz postrzegane cechy osobowości twórcy są efektem doświadczenia, ekspertyzy i zdolności do stworzenia percepcji tego, jak inni mają odbierać wizerunek brandu (marki). Przynajmniej takie jest założenie.

Istnieją pewne zasady, których warto przestrzegać budując wartość swojej marki w social media i inicjując kontakty online z innymi, osobami, firmami, instytucjami. Im bardziej dynamiczne i krzepkie stają się portale społecznościowe, tym bardziej nasza tolerancja na niedopuszczalne zachowania wystawiana jest na próbę.Obserwując swoją reputację i odzew w social media, proaktywnie budując swoją markę i wykorzystując cały potencjał networkingu, aby zwiększyć pozytywny odbiór wartości twojej marki, pamiętaj:

Twoja marka należy do Ciebie.

Każde działanie prowadzone w kontekście danej marki, nieważne czy online, osobiście, na papierze, itd. to działanie wpływające na kształt wizerunku. Należy pamiętać, że każdy krok wykonany szczególnie w Internecie może zarówno pomóc, jak i zaszkodzić. Wszystko co publikujemy, komentujmy i tagujemy bezpośrednio odzwierciedla wizerunek marki, który budujemy w oczach klientów. Reputacja marki zależy przede wszystkim od nas samych, osób odpowiedzialnych za prowadzenie proaktywnych działań komunikacyjnych, reklamowych i marketingowych. Co to oznacza dla działań w social media?

To że:

• Jeśli zajdzie taka potrzeba, możemy wyrzucić z grona znajomych osobę która publikuje komentarze lub posty, które w naszym mniemaniu są niestosowne lub obraźliwe.
• Jeśli inne osoby uporczywie nie stosują się do zasad netykiety naruszając tym samym filozofię marki swoimi kontrowersyjnymi poglądami, mamy prawo ograniczyć widoczność takich treści dla innych użytkowników sieci. Zachowaniem zupełnie etycznym jest ukrywanie postów tego rodzaju oraz zablokowanie danego użytkownika. Należy pamiętać, że negatywny kontent obniża reputację.
• W moderowaniu warto jednak zachować zdrowy rozsądek, pamiętając, że siła social media bierze się stąd, że każdy ma prawo wyrażać swoje opinie. Oczywiście, o ile nie urażają one oraz nie szkodzą pozostałym użytkownikom.
• W social media powinniśmy być naturalni. Dzielenie się swoimi zainteresowaniami i pasjami z gronem odbiorców buduje autentyczność.
• Dobrą praktyką jest sprawdzanie osób, które zapraszają nas, jako osoby stojące za daną marką lub projektem, do grona swoich znajomych.
• Naczelną zasadą social media jest stały monitoring komentarzy. To one najczęściej dostarczają krytycznych, ale merytorycznych uwag dotyczących marki, produktu lub projektu. W praktyce z krytycznych komentarzy można czerpać znaczną wiedzę.

Warto jest także stworzyć zasady dotyczących swojego prywatnego uczestnictwa w social media, jako osoby reprezentującej daną markę. A następnie ściśle ich przestrzegać. Na przykład, dla dobra czystości komunikacji można odmówić sobie prywatnej aktywności ws. politycznych w social media, czy rekomendacji osób lub produktów, których nie zna się osobiście.

Autentyczność.

Bycie autentycznym to według wielu ekspertów ds. social media klucz do sukcesu. W dobie Internetu ukuło się powiedzenie, że „Twoja marka to Ty”, dlatego prawdziwość prowadzonych działań jest dla wielu marek rynkowym być albo nie być. Autentyczność pozwala na nawiązanie unikalnej relacji z osobą po drugiej stronie klawiatury. Co więcej, relacji długotrwałej. Warto dodać, że długotrwałe i dobre relacje utrzymywane z osobami które zdecydowały się nas „polubić” to najlepszy marketing szeptany. Trudno o lepszych ambasadorów produktów czy projektów niż zadowoleni klienci. Z drugiej strony w branży social media panuje opinia, że środowisko nie wybacza. To znaczy, że błąd związany z autentycznością można popełnić tylko raz. Dla wielu marek, szczególnie o nieugruntowanej pozycji rynkowej, oznacza to koniec.

Bycie autentycznym w social media oznacza:

• Mówienie swoim własnym głosem. Jeśli masz poczucie humoru, należy je pokazywać. Oczywiście, nigdy nie można sobie pozwolić na urażenie kogoś poprzez żart lub kpinę. Jeśli na co dzień posługujesz się językiem, powiedzmy bardziej akademickim lub pół-formalnym, w taki właśnie sposób należy rozmawiać online.
• W social media, w odróżnieniu od komunikacji PR, można mówić zarówno o pozytywnych rzeczach, jak i o tych mniej pozytywnych. Często nawet negatywnych. Szczególnie na takich portalach, jak Facebook, fani chcą wiedzieć, jakie tematy i sprawy są ważne z punktu widzenia danej marki lub projektu. Fani będą oczekiwać prawdziwych reakcji i odpowiedzi. Pisanie o samych sukcesach i w superlatywach może wywołać negatywne odczucie.
• Jeśli jest taka konieczność, w social media należy używać słowa „przepraszam”. Internet to tylko ludzie, dlatego jeśli czasem zdarzy się nam wyrazić opinię krzywdzącą uczucia innych ludzi, po prostu trzeba przeprosić. Być może marka lub projekt straci na takim działaniu kliku fanów, ale w perspektywie długofalowej, pokaże, że uczciwe i etyczne podejście jest ważniejsze niż sam biznes. Będzie to jednoznaczny sygnał, że wszelkie prowadzone działania, w tym biznesowe, mają po prostu ludzką twarz.

Budowanie relacji.

Cała rzeczywistość social media opiera się na budowaniu relacji z innymi. Budowanie społeczności to podstawa. Co w tym pomaga? Na przykład wspólne zaangażowanie w różnego rodzaju akcje, nauka od siebie nawzajem i wymiana kompetencji. To najprostsza definicja networkingu. Pracując nad związkami z naszymi kontaktami w portalach społecznościowych, powinniśmy starać się skupiać naszą uwagę na zbieraniu informacji o zainteresowaniach, unikalnych zdolnościach i o tym, co tak naprawdę mają nam do zaoferowania.

Co to oznacza?

• Pierwszym, szczerym i eleganckim krokiem jest gratulowanie sukcesów partnerom i znajomym. To jasny sygnał, że jesteśmy na bieżąco z ich dokonaniami.
• Równie ważne jest budowanie relacji poprzez uczestnictwo w ważnych dla naszych partnerów i znajomych wydarzeniach – rocznicach, urodzinach albo innych świętach. W social media z dnia na dzień pojawiają się coraz to nowe formy celebracji rocznic danych marek. Pozwala to zaangażować w takie działania nie tylko klientów i kontrahentów, ale także media.

Budowanie wartości marki osobistej, online i nie tylko, wymaga przede wszystkim strategii. Platformy online, jak na przykład Facebook, są publiczne. Ich cechą jest zatem wyjątkowa transparentność, a to oznacza, że nie da się nie być na Facebooku od godziny 8 do 16. Szansa na zbudowanie własnego brandu, który będzie interesujący i istotny dla szerokiego grona odbiorców wymaga stałej obecności, 24 godziny na dobę. Taka obecność realizowana jest za pomocą narzędzi specjalnie dedykowanych social media [15] .

Częstym problemem w przypadku prowadzenia fanpage’u na Facebooku jest brak pomysłu, jak ożywić i zaangażować swoją publiczność. Im częściej pojawiają się wpisy, posty, komentarze, tym marka staje się bardziej rozpowszechniona, zyskuje rozgłos i popularność. To z kolei może owocować zwiększeniem zysków w sprzedaży czy wzrostem wartości marki i produktu. Poniżej 7 sposobów na to, by uaktywnić swoich fanów na Facebook’owym profilu [16] :

1. Umieść innych ludzi w centrum uwagi. Można podkreślać rolę, jaką klienci odgrywają w życiu marki oraz promować współpracujące przedsiębiorstwa. Dla przykładu – wystarczy poprosić bądź zorganizować konkurs, w którym użytkownicy wykonywaliby kreatywne zdjęcia z produktem bądź marką, które następnie umieszczane by były na Facebook’owym profilu. Wiele firm chwali sobie takie rozwiązania, mówiąc że stawianie klientów w takim centrum uwagi, zamiast umieszczania zdjęć produktów czy logo firmy, sprawia, że ludzie stają się bardziej podekscytowani takimi działaniami i chętniej angażują się w dalsze działania związane z e-PR’em.
2. Interakcje z prywatnymi społecznościami na Facebooku. Warto tworzyć grupy dyskusyjne dla klientów, na łamach których mogliby wchodzić w interakcje z przedsiębiorcą oraz pomiędzy sobą. Takie działania bardzo zwiększają zaufanie do marki, gdyż na takim forum może być poruszanych wiele problemów, dotyczących zarówno tematyki profilu przedsiębiorstwa, jak i bardziej luźnych zagadnień.
3. Wstawiaj filmowe aktualizacje. Jest udowodnione, że taka forma aktualizacji statusów znacznie zwiększa szanse na komentarze użytkowników, lajkowanie oraz udostępnianie swoim znajomym. Dobrym pomysłem może być cotygodniowa video-aktualizacja, dotycząca nowych produktów, promocji, celów, itp. Ale warto pamiętać, by mówić o swojej marce, ale także o tematyce, jakiej dotyczy. Klienci odwiedzający taki fanpage będą postrzegać przedsiębiorcę jako eksperta, i chętniej wracać, choćby po poradę czy pomoc w podjęciu decyzji.
4. Oferuj zniżki i kody promocyjne. Można pozostać w ciągłym kontakcie z klientami za pośrednictwem Facebooka, zamieszczając zniżki bądź promocyjne kody dla swoich produktów bądź usług. Należy nadmienić, że taka sytuacja jest o tyle bardziej atrakcyjna, jeżeli zniżka dotyczy tylko facebookowych użytkowników. Aby sprawić, by klienci wracali w poszukiwaniu takich zniżek, można wydać tylko określoną liczbę promocyjnych kodów. Jeśli klient zauważy, że aktualna pula się wyczerpała, będzie obserwował stronę w oczekiwaniu na kolejne zniżki.
5. Postuj nie tylko treści z określonej tematyki. Choć głównym zadaniem Facebookowych fanpage’ów jest komunikacja przedsiębiorcy z klientami, nie ma żadnych przeciwwskazań, by takim relacjom nie nadać trochę mniej formalnych tonów. Umieszczanie zdjęć czy filmików, zupełnie niezwiązanych z tematyką marki, może więcej powiedzieć o klientach niż inne działania promocyjne. Ponadto, pokazuje to jaśniejszą stronę firmy, która chcę utrzymywać bliższe i cieplejsze relacje ze swoimi klientami. Wiele firm ma swoje strony na Facebooku, które nie oferują żadnej wartości dla tych, którzy je obserwują. Nikt przecież nie chce słuchać o biznesie i marketingu przez cały czas. Klienci chcą być zaangażowani i chcą się bawić, chcą być częścią firmy, którą wspierają. A czy jest do tego lepsza droga, niż zamieszczanie treści odwołujących się bezpośrednio do nich? Należy pamiętać, że choć celem fanpage’a jest budowa wizerunku produktu i firmy, to jest on umieszczony na portalu społecznościowym!
6. Dzielenie się historiami. Działania takie pomagają budować zaufanie i wiarygodność. Dzielić można historie i zdjęcia z życia przedsiębiorstwa, codziennych czynności, niecodziennych wydarzeń, itp. Ilość historii, które można opisać, pozostaje wręcz nieograniczona.
7. Pisać konsekwentnie i reagować szybko. Jednym z wyjść jest ustalenie publikacji posta każdego dnia/tygodnia. Kiedy klient zauważy, że informacje publikowane są użyteczne, szansa na jego powrót jest dużo większa.

Netykieta w blogosferze – zasady.

Prowadzenie blogu dla wielu osób wydaje się nie stwarzać większych trudności. najważniejsze są chęci – wystarczy pomysł, idea wprowadzić je w życie, wystukać w klawiaturę, i blog gotowy! Podstawowe zasady pisania generalnie są takie same dla dziennikarzy, reporterów, pisarzy i blogerów. Obowiązuje ich ta sama ortografia, interpunkcja, stylistyka. Różne są jedynie style pisania. Blogosfera będąc najbardziej osobistą sferą internetowej przestrzeni, gdzie się pisze – a ostatnio także publikuje treści wideo i zdjęcia – pozwala przekraczać różne granice. Praktyka pokazuje, że treści blogu coraz częściej zależą od motywacji, jaka towarzyszy blogerowi. A te z roku na rok są coraz mniej autoteliczne. W czerwcu 2012 roku Agencja Streetcom Polska przeprowadziła ogólnopolskie badanie wśród blogerów [17] , którego głównym celem było poznanie motywacji do prowadzenia bloga oraz zwyczajów blogerów. Jak się okazało, dla 90% badanych blog jest ważnym, sprawiającym radość, elementem codzienności. Dlaczego piszą? Do zamieszczania kolejnych wpisów najbardziej motywują blogerów reakcje czytelników. To jedna strona medalu. Drugą jest motywacja czysto finansowa. Testując kremy, wyjeżdżając na ekskluzywne wakacje, a czasem idąc na wojnę z operatorem komórkowym – tak zostaje się blogową elitą. Jak podają media, czego nie potwierdzają sami zainteresowani, topowi blogerzy w Polsce inkasują co miesiąc nawet kilkanaście tysięcy złotych. W zeszłym roku firmy na całym świecie zapłaciły blogerom za współpracę ok. 2,3 mld dol. Wprawdzie reklama w blogach i przy blogach rzadko skłania do zakupu, ale znakomicie buduje wizerunek produktu. Niedawno redaktor branżowego magazynu „Press” napisał, że blogerzy coraz częściej piszą za przysłowiowe wziątki. W środowisku zawrzało. Blogerzy bronią się, że w tradycyjnych mediach również są reklamy, na których i oni zarabiają. Najbardziej znany polski bloger Kominek dodaje, że w gazetach też są przecież reklamy i nikt nie wyciąga z tego wniosku, że redakcja pisze za wziątki. Owszem, są kodeksy etyczne i zapisy prawne, które pozwalają sprzedajnego dziennikarza usunąć z pracy, ale poważni blogerzy w kontaktach z reklamodawcami też przestrzegają swoistego kodeksu etycznego. Sam Kominek twierdzi, że na jego blogu reklama nie jest równoznaczna z zachwalaniem produktu czy usługi. Klient ma kupować uwagę fanów, przestrzeń na blogu jest dla marketingowców nietykalna. Co ciekawe, Kominek przyznaje, że w kilkuletniej karierze blogera nigdy nie spotkał się z prośbą o usuwanie jego uwag i komentarzy.

Bloger jest dziś marką, a jego etyka najlepszą rekomendacją. Kończą się powoli czasy, kiedy firmy płacą za reklamę w formie bannera reklamowego umieszczonego na stronie. Współpraca coraz częściej przybiera bardziej zaawansowaną i indywidualną formę. Niejednokrotnie są to testy konsumenckie. Np. czołówka blogerów kulinarnych zaproszona została do testowania pierwszego polskiego internetowego sklepu z mieszankami musli, które można samemu komponować. Nie wszystkie opinie blogerów były pozytywne. Co jednak okazało się pozytywne dla firmy, to cenne merytoryczne uwagi dotyczące np. logistyki zamówień. Ciekawym elementem akcji z blogerami kulinarnymi, przybierającym postać śniegowej kuli, okazała się poczta pantoflowa. Właściciele sklepu po okresie około dwóch tygodni od wysłania zaproszeń do testów wyselekcjonowanym pod kątem ilości odwiedzin stron blogerom sami zaczęli dostawać prośby o włączenie kolejnych blogerów do testów. Finałem finałów okazały się wiadomości e-mail oferujące reklamę na bloga w zamian za przesłanie 3 tub z musli. Bez testów, rzecz jasna.

Z przeprowadzonego pod koniec 2012 roku przez Natalię Hatalską i firmę MillwardBrown badania [18] wynika, że większość blogerów za swoje główne atuty uważa reputację i siłę argumentów. Problem w tym, że reklamodawcy oceniają blogi nie przez wysoką ocenę merytoryki treści, ale przede wszystkim po liczbie kliknięć. Mówiąc wprost, dla firm treść jest drugorzędna. Ferment w środowisku blogerów wywołały wyniki badania, z którego wynikało, że przeciętny internauta z blogowaniem kojarzy najczęściej ... Martynę Wojciechowską czy Annę Muchę. Te można śmiało zaklasyfikować jako okazjonalne posiadaczki bloga. Do osobistej oceny pozostaje także sprawa, kto pisuje na bloga Muchy czy Sablewskiej.

Prawo do własności intelektualnej.

Blog, jak każda strona internetowa jest czyjąś własnością, w tym przypadku – autora. Wszystko, co się na nim znajduje, jest jego własnością intelektualną. Nie można zatem kopiować jego tekstów czy zdjęć, umieszczać ich w swoich publikacjach. Ale taka sytuacja dotyczy także autora blogu. Ten także nie może wykorzystywać bezprawnie zdjęć, publikacji, plików audio i video, do których nie ma prawa własności. W większości przypadków wystarczy kontakt do właściciela zdjęcia czy tekstu, by zdobyć zgodę na ich umieszczenie na swoim blogu, z podaniem źródła. Z zasady blogerzy szanują swoją własność, i nie kradną czyjejś własności. Dotyczy to także blogerów prowadzących swoje dzienniki nie w celach zarobkowych – prawa autorskie chronią własność zawsze, bez znaczenia czy są wykorzystywane komercyjnie czy nie.

Wątpliwości może budzić sytuacja, gdy umieszczone w Internecie zdjęcie jest niepodpisane, więc bloger może domniemywać, że nie jest chronione prawem autorskim. Niestety (choć często wręcz przeciwnie) autor zdjęcia, filmu, utworu, tekstu, itp. ma zawsze do swojego dzieła prawa osobiste, nawet jeżeli w ramach licencji przekazał prawa majątkowe innej osobie bądź instytucji. Autor ma zawsze prawo do wskazania go jako autora, decydowania czy jego dane osobowe mają być podawane do publicznej wiadomości wraz z opublikowanym dziełem, czy decyduje się na anonimowe udostępnianie go, do nienaruszalności treści i formy dzieła.

Poniżej przedstawiono prawa osobiste autora:

1. Prawo autora do wskazywania go jako autora utworu
2. Prawo do decydowania o tym, czy jego nazwisko lub pseudonim ma być podawane do publicznej wiadomości wraz z opublikowaniem utworu czy decyduje się na anonimowe udostępnienie go.
3. Prawo do nienaruszalności treści i formy utworu.
4. Prawo do rzetelnego wykorzystania utworu.
5. Prawo do decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności.
6. Prawo nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.

Podobnie sytuacja ma się, gdy w ramach przygotowywania blogu zrobiono zdjęcie osobie. Podczas planowania publikacji takiego zdjęcia, należy uzyskać zgodę fotografowanego na publikację. Jedynymi wyjątkami w takiej sytuacji są osoby publiczne – politycy, aktorzy, celebryci, sportowcy, itp. [19] Ale podczas przygotowywania wpisów należy także wziąć pod uwagę, czy ewentualnie opisywane w nim osoby wiedzą o fakcie stania się „bohaterami” na blogu. Warto zatem również uzyskać zgodę na opis z użyciem ich danych czy wykorzystaniem ich wizerunku. Aby uniknąć tego typu sytuacji, można używać inicjałów lub pierwszej litery imienia, nazwiska.

Także tworząc własnego bloga, należy pamiętać o prawach autorskich, zarówno w przypadku chęci wykorzystania ich we własnym dzienniku, jak i znalezieniu kopii własnych publikacji na innych stronach, bez wydania zgody na takie działania.

Rzetelność autora.

Rzadko zdarzają się sytuacje, w których zamiłowany ekonomista bierze się za prowadzenie blogu o kobiecej kosmetyce, bądź dziewczyna pracująca w salonie fryzjerskim postanowi popisać o tajnikach napraw samochodów. Każdy bloger powinien starać się pisać w swojej dziedzinie, na której się zna, w której mógłby się sam nazwać fachowcem. Zachowanie takie budzi zaufanie i wiarygodność wśród czytelników, dlatego że czytelnik ma (poprawne) wrażenie, że autor po prostu wie, o czym pisze. Sytuację taką nazbyt łatwo zweryfikować, większość blogerów zezwala na umieszczanie komentarzy pod wpisami. Tam bardzo łatwo zdemaskować blogera nieznającego się na opisywanej tematyce. W takim przypadku, oprócz najedzenia się wstydu, bloger musi liczyć się ze spadkiem wiarygodności jego przedsięwzięcia, co skutkować będzie utratą popularności, odwiedzin, subskrypcji. Dlatego przed dokonaniem każdego wpisu należy potwierdzić informacje w nim zawarte, skonfrontować je z innymi źródłami, a najlepiej przygotować się na ewentualną dyskusję z czytelnikami. W przypadku podjęcia się takiej dysputy, bloger może poprawić swoje notowania, pokazać się nie tylko jako rzetelny i dokładny, ale także jako odważny w konfrontacji ze swoimi czytelnikami. W przypadku ewentualnego podjęcia współpracy z marką, celem promocji czy testów produktu, czytelnik ma okazję poznać prawdziwą opinię na temat badanego towaru, wiedząc że ten został rzetelnie przetestowany i opisany. W taki sposób buduje się wiarygodność zarówno blogera, jak i przedsiębiorcy nawiązującego z nim współpracę. Co więcej, bloger nie zgodzi się na testy produktu, z którym się nie zgadza, czy bycia twarzą marki, której cele nie przyświecają blogerowi. Takie zachowanie naprawdę zasługuje na pochwałę i docenienie.

Na dłuższą metę to właśnie odwiedzający będą weryfikować rzetelność i wiarygodność bloga i blogera. Bloger piszący autentycznie i dokładnie może spodziewać się wzrostu liczby odwiedzin czy poleceń. Licząc na nawiązanie jakiejkolwiek współpracy z producentami czy przedstawicielami marek, będzie musiał wykazać, że czytelnicy mu ufają, i że dostając produkt czy stając się twarzą marki, ta na tym nie straci. Z zasady marketingowcy dokonują dokładnego przeglądu blogów ze swojej specjalizacji, odrzucając te, które budzą nieufność, na temat których pojawiają się negatywne opinie czy oceny.

Porządek na stronie.

Zapraszając czytelnika na blog, niejako zapraszamy go do miejsca, którym się opiekujemy. Gdy umawiamy się ze znajomymi na kolację, sprzątamy mieszkanie, chowamy niepotrzebne graty do szafy, porządkujemy książki i filmy, wycieramy kurze. W Internecie takie zachowania nie istnieją, co nie musi oznaczać, że na stronie panuje bałagan. Sprawmy więc, by czytelnik wchodząc na blog miał wrażenie, że wszystko jest poukładane, na swoim miejscu.

Jak można wprowadzić chaos na swoim blogu? Po pierwsze, gdy czegoś jest za dużo, to nagle zaczyna brakować miejsca na rzeczy potrzebne. Nie wypada, by sidebary były dłuższe niż treść blogu. Kategorie zostały stworzone po to, by pogrupować wpisy, a nie by stworzyć do każdego wpisu kategorię. Co prawda, prowadząc blog kulinarny można pokusić się o większą liczbę kategorii, ale poniżej przedstawiona sytuacja zakrawa o nadgorliwość:

• dania z cebulą
• dania z cukinią
• dania z cykorią
• dania z czosnkiem
• dania z daktylami
• dania z dynią
• dania z fasolą.

Często liczba takich kategorii rośnie w zastraszający tempie. Przecież tym powinien się różnić internetowy blog od papierowej książki kucharskiej, że tutaj wystarczy kilka klików, by wyszukać danie złożone z cebuli, fasoli, makronu i curry. Można połączyć je w większe grupy (np. śniadania, obiady mięsne, przekąski, itp.), i stosując odpowiednie tagowanie umożliwić czytelnikowi wyszukanie takich potraw właśnie z użyciem słów kluczowych.

Bałagan także może dotyczyć treści wpisów i bloga. Bloger powinien pamiętać o formatowaniu tekstu, choćby podstawowym. Umieszczanie zdjęć o zbyt dużej bądź małej rozdzielczości też nie sprzyja przyjemnemu przeglądaniu blogu. Dobrze jest, jeżeli istotne rzeczy czy fakty podkreśla się poprzez pochylenie czy pogrubienie, ale prawdziwego oczopląsu można dostać, jeżeli strona tekstu podzielona jest na wiele jaskrawych kolorów, czcionka nie ma stałej wielkości, poszczególne wyrazy pisane są zupełnie inną czcionką, wielkością i kolorem. Sam tekst też powinien być w miarę spleciony ze sobą, tworzyć pewien logiczny ciąg. Pisanie o miłym wieczorze spędzonym nad brzegiem morza i okraszenie tego zdjęciem np. z pociągu budzi pewne wątpliwości, choćby co do wiarygodności autora.

Tworząc bloga należy sprawować nad nim pieczę. Pozostawianie go bez opieki na dłuższy czas spowoduje przysłowiowe pokrycie go kurzem, co wiąże się z odpływem fanów. Dobrze, jeżeli blog jest regularnie przeglądany pod kątem prawidłowości wyświetlania treści, czy grafiki. Oznaką kompetencji jest odpowiednie pojawianie się zdjęć w postach. Bieżący monitoring pozwoli identyfikować agresywne, wulgarne i obraźliwe komentarze. Nad tym aspektem także trzeba sprawować pieczę. Właścicielem bloga jest autor i to o nim świadczyć będą toczące się pod komentarzami słowne bitwy.

Uczestnictwo w życiu blogosfery.

Zakładając blog autor musi liczyć się z faktem przystąpienia do pewnej społeczności. Choć liczby mówią o milionach blogów, a faktycznie aktywnych może być ich kilkadziesiąt tysięcy, to dobre kontakty nawiązać można z kilkunastoma maksymalnie blogerami. Wchodząc do blogosfery na początku jest się zupełnie anonimowym, nikt przecież nie może mieć pojęcia, że kilka dni temu powstał taki czy inny blog. To autor odpowiedzialny jest za promocję swojego dzieła, rozpowszechnianie go wśród internautów. I choć wykupienie reklamy będzie najprostszym sposobem, nie jest to metoda dobra. Dobry blog, jako dobra marka, reklamuje się sama. Zyskuje poparcie innych blogerów. Jednak na początku trzeba wykonać dwa kroki naprzód. To bloger musi wyjść z inicjatywą promocyjną własnego blogu. Przeszukiwanie i regularne odwiedzanie „sąsiadujących” blogów (tzn. o podobnej tematyce) jest skuteczne i budzi zaufanie, o ile nie sprowadza się do wizyty i zostawiania komentarzy typu „Hej, ładny blog, zapraszam na mój”. Choć w najlepszym przypadku można zdobyć czytelnika na podobnej zasadzie, to przecież nie jest intencją autora, by na jego bloga wchodzili przypadkowi czytelnicy.

Czytając i komentując wpisy zaprzyjaźnionych blogerów należy unikać:

• trollingu – prowokowanie kłótni, obrażania, powodowania sytuacji nieprzyjemnych,
• floodingu – zalewania wieloma, często takimi samymi lub podobnymi wpisami, odbiegającymi od tematyki – tworzenie przysłowiowego śmietnika na czyimś blogu.

Najprościej rzecz ujmując – dawać innym to, czego od nich się oczekuje. Jeżeli się chce, by z zaciekawieniem czytywano blog, należy oddawać to samo – czytać dokładnie, z uwagą, dodawać merytoryczne komentarze. Taka aktywność nie może zostać nie dostrzeżona, a efekty później pojawią się automatycznie.

Zasady współpracy z marką.

Wiele blogów specjalistycznych, prowadzonych sumiennie i rzetelnie, prędzej czy później otrzymuje propozycje współpracy. Oczywiście, dużo większe prawdopodobieństwo do podjęcia takiej współpracy będą mieli blogerzy kulinarni, modowi, lifestyle’owi czy technologiczni niż historycy czy fani fantasy, itp. Jak się zachować w przypadku otrzymania takiej oferty? Przede wszystkim należy pamiętać, że przedsiębiorca zwraca się do blogera jak do kontrahenta – nie powinno być tu miejsca na luźne żarty, prosty uliczny język czy tego typu zachowania. Wśród specjalistów od marketingu zajmujących się kontaktami z blogosferą, najczęściej wymienianą wadą był brak profesjonalnego podejścia do tematu. Fikuśne nazwy adresów e-mailowych w najlepszym przypadku wywołają uśmiech na ustach PR-owca, ale może być też to powód do zaniechania dalszej współpracy. W sumie ciężko się dziwić, że reprezentując firmę kontaktujemy się z blogerem o wdzięcznym aliasie malakasia92@xyz.pl. Oczywiście wyjątek będzie wtedy, jeżeli nazwa bloga i adres e-mailowy będą się pokrywać.W trakcie rozmowy z blogerem należy dokładnie przedstawić warunki współpracy. Większość dotyczyć będzie testów produktów na blogu – współpraca na zasadzie barteru. Przedsiębiorca podejmuje się wysłania darmowej próbki danego produktu na adres blogera, ten z kolei opisuje otrzymany produkt na łamach swojej strony. Należy dokładnie określić terminy, zarówno wysyłki towaru, jak i czas trwania testów, ilość publikacji, jakość tych publikacji. Często blogerzy cieszą się otrzymując możliwość dostania darmowego produktu, i choć większość wywiązuje się ze swojego zadania poprawnie, to zdarzają się przypadki, gdy ze strony blogera następuje brak odpowiedzi, bądź post mający za zadanie promować dany produkt działa raczej na jego niekorzyść. Bloger tworząc taki wpis powinien poświęcić wiele czasu na odpowiednie przygotowanie posta. Przede wszystkim opinia powinna być niezależna i obiektywna. Nadużywanie zwrotów w stylu: „najlepszy”, „niezastąpiony”, „świetny”, itp. zamiast podnieść wiarygodność produktu spowodują odniesienie wrażenia, że bloger nie wykonał rzetelnych testów, a jego opinia podyktowana jest wyłącznie względami marketingowymi. Język tekstu także nie powinien odbiegać od rzeczywistości, najlepiej gdyby była to wypowiedź zachęcająca do dalszej lektury i zapoznania się z produktem. W przypadku wykonywania fotografii należy zadbać, by były one ostre, zachęcające użytkownika do oglądania, ukazujące jak najwięcej zalet. Stworzenie takiej opinii będzie dla blogera korzystne w dwójnasób – pokaże go z pozytywnej strony dla czytelnika, oraz wywoła zadowolenie producenta, co może być owocne w przyszłościowych planach marketingowych.

Z badań wcześniej wymienianych [20] marketingowcy wymieniali więcej wad współpracy z blogerami:

• nieprzewidywalność,
• brak kreatywności,
• brak czasu,
• rosnącą komercjalizację blogosfery,
• zawyżanie stawek,
• brak sformalizowanego działania w blogosferze.

Od czasu do czasu pojawiały się także opinie, jakoby blogerzy byli chamscy, zadufani w sobie oraz mający zawyżone poczucie wartości. Przygotowując się do współpracy na linii bloger – marketingowiec, należy wyeliminować powyższe wady. Należy pamiętać, że choć prowadzenie blogu jest interesem całkowicie prywatnym, to podejmując się współpracy handlowej należy przejść na szczebel profesjonalny. Otrzymany towar bądź stawka jest przecież normalnym wynagrodzeniem za wykonaną pracę!

Jest jeszcze jeden ważny aspekt dotyczący współpracy. Choć w większości przypadków dla amatorów – blogerów przygotowywane oferty są satysfakcjonujące, to zdarza się, że bloger okazuje się być doskonałym handlowcem. Rzadko bowiem zdarza się, by bloger odmówił współpracy – przecież ktoś zgłaszając się z propozycją współpracy poświęcił trochę czasu na poznanie autora blogu i jego profilu, i jeżeli decyduje się wysłać propozycję, to oznacza, że darzy go zaufaniem i wie, że bloger skłonny jest podjąć współpracę dotyczącą danej marki bądź produktu. Prędzej można spodziewać się negocjacji warunków, zbyt często bowiem warunki proponowane przez blogerów są za wysokie. Zdarza się i tak, że strony nie dochodzą do porozumienia, i do współpracy nie dojdzie. Nie jest to niczym dziwnym, zarówno bloger, jak i przedsiębiorca wie, jak dużo może dać i czego może oczekiwać po takiej współpracy. Naganne jest natomiast robienie wyrzutów z powodu nie dojścia do kontraktu. Przedsiębiorcy to rozumieją, odmowa nie jest niczym dziwnym, jednak w przypadku blogera, który nie podchodzi do takiej sytuacji neutralnie i profesjonalnie, może poczuć się urażony, na zasadzie „najpierw coś się proponuje, a potem rezygnuje”. Zdarzały się przypadki, gdy bloger wykazywał się brakiem odpowiedniego podejścia, i fundował marce dużo „czarnego PR-u”. Wypowiedzi typu „nie chcecie współpracować ze mną, to zareklamujemy konkurencję” pojawiały się w historii polskiej blogosfery. Niedopuszczalne jest również wyciąganie dla szerokiej publiczności warunków umowy czy prowadzonych rozmów. W każdym przypadku należy pamiętać, że takie zachowania, prócz wzbudzenia dużego niesmaku postronnych czytelników, skutkować może spadkiem wiarygodności także wśród potencjalnych kontrahentów.
Przypisy